Historia z życia wzięta

Nocą wszystko do mnie wraca…

Nocą wszystko do mnie wraca… To już prawie czterdzieści sześć lat, odkąd “to” zrobiłam, lecz dla mnie wspomnienia są wciąż żywe… I tak bardzo, tak strasznie żałuję!

Nocą wszystko do mnie wraca…

W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym roku robiłam maturę. Marzyłam o wielkiej miłości. O chłopaku, który nauczy mnie całowania i innych pieszczot, bo znałam tylko cmok- cmok z kolegą z maturalnej klasy. O prawdziwym seksie nic nie wiedziałam. Na lekcjach nauki o człowieku profesorka wspominała, że trzeba stosować antykoncepcję, jeśli się nie planuje dziecka. Ale dokładnie, co i jak, już nam nie wyjaśniła. Dla mamy nadal miałam sześć lat- myślę, że było jej z tym wygodnie. Zastanawiałyśmy się z koleżankami, co robić, kiedy jakiś chłopak będzie chciał z nami iść do łóżka. Odepchnąć go? Walnąć w pysk? A jeśli się więcej nie umówi na randkę?

Znowu sąsiadki i ciotki zaczną jęczeć: Biedaczka, nie ma powodzenia. Nie będzie z kim iść do kina albo posiedzieć w parku. Każda z nas się tego bała! Kiedy spotkałam Mirosława i zakochałam się po raz pierwszy, chciałam, żeby on był tym pierwszym… I na całe życie… Pochodził z dobrego domu. U niego jadło się kolacje na talerzykach, z widelcami i wędliną osobno, w plasterkach, a nie tak jak u mnie- pajda chleba i cienka herbatka. U nas piło się kawę zbożową w fajansowych kubkach, a u niego kawę prawdziwą i pachnącą w porcelanowych filiżankach. Mieszkał z rodzicami w międzywojennym, eleganckim bloku, a ja w odrapanej czynszówce. Mieli piękne cztery pokoje z kuchnią, holem i łazienką. W salonie stało pianino, na ścianach nie było ani jednego świętego obrazu, błyszczący parkiet zakrywały dywany… Ja wstydziłam się naszych podłóg pomalowanych na buraczkowo olejną farbą i wielkiego landszaftu przedstawiającego zadumanego Jezusa na łodzi. Nienawidziłam żakardowych narzut na podwójne łóżka i nicianych serwetek porozkładanych, gdzie się tylko dało. U Mirka w rogu stołowego pokoju stała biblioteczka z książkami. U mnie nie kupowało się nawet gazet, chyba że sobotnio- niedzielne wydanie Ekspressu. To było całe słowo drukowane oprócz książeczki do nabożeństwa. Chodziłam do kościoła na niedzielne msze święte, ale bardziej z nawyku niż z potrzeby serca. Ponieważ Mirosław był niewierzący, ja także zaczęłam się migać i przebąkiwać, że Boga nie ma. Wydawałam się sobie taka nowoczesna i mądra!

Mirka poznałam w bibliotece uniwersyteckiej. Chcieliśmy wypożyczyć tę samą książkę, a był tylko jeden egzemplarz. Ktoś musiał ustąpić. Oczywiście wycofałam się natychmiast. Od razu ustawiłam się na pozycji: druga i słabsza. I tak zostało. To ja go odprowadzałam do domu po randkach. Pisałam za niego referaty i konspekty, robiłam notatki z wykładów. Byłam dumna, że mnie tak wyróżnia, że mówi: Ty, Ziutka, jesteś niegłupia i pożyteczna. Kiedy mnie pierwszy raz pocałował, prawie zemdlałam. Nie dlatego, że poczułam seksualny dreszcz… Świat wirował, bo on mnie objął. Był bardzo blisko. Czułam jego policzek przy swoim. O to chodziło. Od razu mi powiedział, że musimy z sobą żyć, jeśli chcę, żeby o mnie pomyślał poważnie. Chciałam! Nic nie miałam z tego seksu przyjemności. Bałam się przyznać, bo Mirek twierdził, że miał dużo kobiet, a żadna nie narzekała. Pomyślałam, że ja jestem oziębła. Udawałam, że coś czuję, choć niemrawo, bo nie miałam pojęcia, co robić, żeby było widać i słychać, że ja też przeżywam rozkosz. Gdzie się miałam tego nauczyć?! W kinie pokazywali pary zakochanych do pierwszego pocałunku, potem lampka gasła i po zawodach. Więc stałam albo leżałam sztywna jak kij od szczotki, a on się denerwował. Płakałam, co doprowadzało Mirosława do prawdziwej wściekłości. To się działo w mieszkaniu jego kolegi. Ciągle się bałam, że ten kolega wróci z pracy wcześniej i byłam jak sparaliżowana. Mirek nie mówił mi nic czułego. Dziś powiedziałabym, że po prostu uprawiał ze mną seks. Czekałam na coś zupełnie innego. Byłam naiwna i bardzo romantyczna. Nie stosowałam żadnych zabezpieczeń, bałam się powiedzieć Mirkowi, żeby jakoś uważał. Zdmuchiwałam mu kurz spod nóg, miałabym go pouczać?! On z upływem czasu stawał się dla mnie coraz mniej miły. Często wypominał, że byłam zielona.

– Chyba Cię nikt nie chciał?!- kpił.

– Głupia gęś z Ciebie! Jesteś jak drewno.

Mijały miesiące, a ze mną zaczęło się dziać coś dziwnego. Okres mi się spóźniał. Słabo się czułam, więc się zwierzyłam koleżance, że mnie mdli i że piersi mi urosły jak balony. Od razu powiedziała: Wpadłaś! Leć do doktora.

To był już dziesiąty tydzień. Też nie wiedziałam, co to znaczy- dużo to czy mało? Moja matka popatrywała na mnie podejrzliwie, od kiedy przy niej zwymiotowałam niedzielny rosół, ale o nic nie pytała. Wolała nie wiedzieć…

Czułam strach i złość. Nie chciałam dziecka, nie umiałam sobie wyobrazić, jak rodzina, sąsiedzi i znajomi zaczną plotkować, śmiać się, dokuczać mi. Miałam zaledwie dziewiętnaście lat! Nieustannie było mi niedobrze. Nie mogłam wytrzymać na wykładach i ćwiczeniach. Siadałam blisko drzwi, żeby, w razie czego zdążyć do łazienki. W głowie miałam kompletny mętlik. Pamiętam, co Mirosław powiedział, gdy się przyznałam, że nie mam menstruacji:

– To zrób coś z tym. Na co czekasz? Ja się z Tobą nie ożenię. Zapomnij…

Płakałam, prosiłam, obiecywałam, że będzie zupełne wolny, że może robić, co chce, byleby tylko mnie nie zostawił.

– Myślałaś, że mnie złapiesz na bachora? Taka bida z nędzą, proletariacka cwaniara, chamówa robotnicza chciała się wżenić do mojej rodziny!- wrzeszczał.

– A spróbuj się sądzić o alimenty, to postawię dziesięciu świadków, że z Tobą spali, bo byłaś puszczalska i dziwka!

Nie chciałam wierzyć, że Mirosław jest tak okrutny i podły. Kochałam go nadal. Uznałam, że wszystkiemu winna jest ciąża, gdyby nie ona, byłoby jak dawniej… Myślałam ciąża, jakbym nie chciała dopuścić do siebie słowa dziecko. Tak mi było łatwiej! Postanowiłam się pozbyć tego, co odebrało mi Mirka. Skakałam ze stołu. Moczyłam nogi w ukropie. Piłam różne zioła polecane przez koleżanki. Nic nie pomogło. Znowu poszłam do przychodni. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku poczekalnie były pełne podobnych do mnie dziewczyn.

– Na co Pani czeka?- zapytał opryskliwie gruby lekarz.- Zaraz będzie za późno na zabieg. Chce Pani rodzić?

Dostałam skierowanie na oddział i polecenie, żebym się zgłosiła z samego rana. Wieczorem pojechałam do Mirosława… Długo chodziłam pod jego oknami. Bałam się zapukać. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Serce mi waliło, kiedy wreszcie stanęłam przed jego drzwiami. Był w domu, bo słychać było śmiechy i muzykę. Otworzył po dobrej chwili, goły do pasa, najwyraźniej ubierał się szybko, bo i stopy miał bose. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się i zawołał:

_ Kochanie, mamy gościa! Zobacz.

Z sypialni wyjrzała dziewczyna w halce. Rozczochrana, bardzo ładna, znałam ją z widzenia. Mówiło się o niej dyrektorówna, bo jej ojciec kierował wielkim zakładem stolarskim. Dziewczyny wtedy bardzo rzadko same prowadziły samochody, a ona nie tylko miała prawo jazdy, ale i autko- małe, zgrabne, zielone jak młoda trawa. Wszyscy jej zazdrościli! Stałam przed nimi, trzęsąc się ze wstydu i żalu. Chciała o coś prosić, coś wytłumaczyć, jednak żadne słowo mi nie przechodziło przez ściśnięte gardło. Usłyszałam głos Mirosława:

– Czego tu chcesz, Ty głupia łajzo? Będziesz mnie szantażowała? Nie masz szans! Lepiej spier…aj!- wrzasnął. Ta dziewczyna zaczęła się śmiać. Głośno jak z najlepszego dowcipu. Mirek ją objął i tak się nabijali, dopóki nie uciekłam. Jeszcze dwie przecznice dalej wydawało mi się, że nadal ich słyszę… I teraz, choć minęło tyle lat i jestem już stara, ciągle brzęczy mi w uszach ten rechot.

Było późno, kiedy wróciłam do domu. Moja matka na szczęście pracowała na nocną zmianę, więc byłam sama w domu. Rano zostawiłam kartkę, że jadę na kilka dni do koleżanki uczyć się do egzaminów. Czułam, że matka nie uwierzy, ale nic nie powie i o nic nie zapyta, kiedy wrócę. Zgłosiłam się do szpitala. Ze wskazań społecznych należy usunąć niechcianą ciążę- tak zapisano w dokumentacji medycznej. W tamtych czasach aborcja nie była żadnym problemem. Dostałam ogłupiający zastrzyk, posiedziałam parę minut przed salą zabiegową. Cały czas czekałam, że może Mirosław jakimś cudem przyjedzie, że mnie przytuli, że będzie ze mną. Nie wiedziałam, jakby to się miało stać, bo przecież o niczym nie wiedział, ale czekałam… Bardzo bolało. Nie stosowało się wówczas żadnego znieczulenia oprócz tego zastrzyku na wstępie. Wydawało mi się, że to trwa wieki. Krzyczałam.

– Boli?- ktoś zapytał.- Niech boli, będziesz ostrożniejsza, zanim dasz dupy! Jak mnie ściągali z fotela zabiegowego, któraś z pielęgniarek powiedziała ostro:

– Miałabyś, dziewucho, pięknego syna. Całe życie nie odżałujesz.

Fizycznie szybko doszłam do siebie. Byłam młoda, zdrowa, chciałam zapomnieć. Udało się na bardzo długie lata. Zmieniłam miasto i uczelnię. Zamieszkałam w akademiku. Byłam zupełnie inną dziewczyną… Czasami wydawało mi się, że na obcych ulicach widzę Mirosława. Serce mi wtedy biło jak oszalałe. Nie mogłam o nim zapomnieć! Skończyłam studnia, zaraz potem wyszłam za mąż, ale bez miłości. Urodziłam i wychowałam córkę, jednak nie byłam dobrą matką. Nigdy nie odcięłam pępowiny, całe życie ją osaczałam i ciągnęłam do siebie, nie pozwalałam na żaden swobodniejszy oddech, kontrolowałam od świtu do nocy. Bałam się, że mi zniknie, że ją stracę, że zostanę sama. Całą energię poświęcałam na to, żeby nad nią czuwać, żeby się ode mnie nie oddzieliła. Zamęczałam ją i prawie udusiłam tą moją niedobrą miłością. Wszystko, co mi odbierało córkę- sport, koleżanki i koledzy, jakieś inne zajęcia albo zainteresowania- krytykowałam i tępiłam. Miała być sklejona ze mną! Doprowadziłam do tego, że gdy dorosła, uciekła w świat. Rzadko się widujemy. Dlatego tak się bałam, tak strasznie drżałam o to, żeby jej nie stracić? Chciałabym, żeby ktoś mądry mi to wytłumaczył. Mąż był dla mnie dobry, lecz żyliśmy w chłodzie uczuciowym. Całą miłość, na jaką było mnie stać, przelałam na dziecko. Już nikogo i niczego nie miałam siły kochać. I kiedy mąż zmarł, zostałam sama.

Nie mogę spać, podobno starzy ludzie snu prawie nie potrzebują, ale jak to już chyba szczególnie! Leże w ciemności i zastanawiam się, jaki byłby ten nienarodzony? Rozmawiałam z nim. Przepraszam. Tłumaczę się, jakby mógł mnie zrozumieć. Czyli nie udało mi się o nim zapomnieć. Im dalej w las, tym wyraźniejsze staje się wszystko, co przeżyłam. Wraca do mnie w najdrobniejszych szczegółach, wyświetla się jak ponury, czarno- biały film. I boli…

Do Kościoła nie wróciłam. Mam żal do Pana Boga, że nie dał mi wtedy więcej odwagi. Mógł mnie przecież jakoś wesprzeć i umocnić, jakoś mi pomóc. I Mirosławie w dzień nie myślę. Za to przychodzi do mnie w krótkich snach. Zawsze wtedy jest między nami inaczej, niż było naprawdę. Przeżywam moje niespełnione szczęście…

Nie piszę, kim jestem z zawodu ani gdzie mieszkam, bo to nie ma żadnego znaczenia. Chciałam komuś zwierzyć się z mojej tajemnicy. Może mi będzie lżej?

3 Responses

  1. Zastanawiam się co napisać, jak Panią pocieszyć. Minęło tyle lat, ale wciąż wydaje się, jakby to wczoraj było. Wiem, że tęsknota za drugą osobą, którą bardzo się kochało jest straszna. Wiem coś o tym, ale jak mówią czas leczy rany, a może raczej da na jakiś czas zapomnieć o złych wspomnieniach i przeżyciach? Mam nadzieję, że pisząc ten tekst zdjęła Pani ogromny ciężar z swego serca.

  2. W sumie to straszna i smutna historia. Tęsknota za niespełnioną miłością jest na pewno okropna i musi bardzo boleć. Tak samo jak usunięcie niechcianej ciąży. To taka bolesna pustka, ktora pozostaje w człowieku chyba do końca życia. Z całego serca współczuję bohaterce tej historii.

  3. Ciarki mnie przeszły, smutna historia. To wina tamtych czasów, tego, jak się podchodziło do takich rzeczy. “Usunąć z powodów społecznych”?! Jak się podchodziło do kobiet – wyzywanie od najgorszych, bo zaszła w ciąże i to przekonanie, że to jej wina, tylko i wyłącznie jej sprawa (faceta ani trochę), bo się “puściła”. I to podejście do różnic bogaty-biedny. Bogaty chłopak myślał, że może wszystko, że może pomiatać biedniejszą dziewczyną, źle ją traktować. A co to ma do rzeczy, że bogaty? No wtedy miało, jak widać bardzo wiele. Myślę, że Mirosław też teraz żałuje tego, jakim był dziadem… Ta pani nie miała wsparcia, dlatego to zrobiła! A teraz to ona musi przez to cierpieć. Pani musi sobie wybaczyć. I może jeszcze uda się naprawić relację z córką? Delikatnie, powoli – w końcu to Pani córka. Mówi Pani o sobie, że jest “stara”. To nieważne, bo każdy ma prawo do szczęścia. Na stare lata też się człowiekowi coś należy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *