Historia z życia wzięta

Nasz syn nie jest na sprzedaż

Nasz syn nie jest na sprzedaż- opowieść o rodzinie

Nasz syn nie jest na sprzedaż.

Początkowo wydawało nam się, że to, co robi para znajomych poznanych na ostatnich wakacjach, nie jest niczym złym. Aneta i Władek po prostu polubili naszego najstarszego, piętnastoletniego syna, Roberta. No i starali się tę sympatię czasem okazać jakimś prezentem czy propozycją wspólnego wypadu na weekend. Byliśmy nawet zadowoleni z tego finansowo- rodzicielskiego odciążenia, bo trójka naszych młodszych pociech też miała niemałe potrzeby. Tymczasem Zielińscy są dość zamożnymi ludźmi i nie mają dzieci.

Z czasem jednak zażyłość naszego syna z Anetą i Władkiem zaczęła nas niepokoić. Głównie dlatego, że jeśli Robert chciał zakwestionować jakąś naszą decyzję, mówił:

– Ale Anetka i Władek powiedzieli…

Nie mogliśmy dłużej tolerować kwestionowania naszego autorytetu u syna przez obcych ludzi. Zresztą nie podobało nam się nawet to, że syn zwraca się do nich na Ty, bo zawsze uczyliśmy dzieci szacunku do dorosłych.

– Wiesz, Jarek, chyba musimy z nimi wreszcie porozmawiać o naszym synu- oświadczyła któregoś dnia Bożena.

– Może lepiej porozmawiać z nim samym?- zasugerowałem.

– Obawiam się, że może być już za późno- stwierdziła na to żona.

– Ale dlaczego?

– Bo już nie jesteśmy dla Roberta żadnym autorytetem- w jej głosie pobrzmiewała gorycz.- Dlatego nie chcę rozmawiać z nim, ale z nimi. Bo to oni są najwyraźniej teraz jego autorytetami. I to się musi zmienić.

Zaprosiliśmy Zielińskich na sobotni wieczór, a dzieciaki odesłaliśmy do dziadków, żeby nam nie przeszkadzałby. Znajomi chętnie przyjęli zaproszenie, choć byli wyraźnie niezadowoleni z powodu nieobecności Roberta.

– Naprawdę musiał jechać?- zdziwiła się Aneta.- Jakbyśmy wiedzieli, to wpadlibyśmy w innym terminie.

– TyleTyle że my o nim właśnie chcieliśmy z Wami porozmawiać…

– A o czym, tu gadać?- wzruszył ramionami Władek.- Przecież to świetny chłopak, nie sprawia żadnych problemów…

– Ostatnio, owszem.

– Naprawdę? Nic nam nie mówił- zdumiała się Aneta, tak jakby informowanie ich o problemach było jakimś obowiązkiem naszego syna.

– Mógł tego nie zauważyć- stwierdziłem nieco ironicznie.- Jemu się wydaje, że wszystko robi dobrze.

– Hmm- chrząknął Władek.- Naszym zdaniem trudno mu coś zarzucić.

– I w tym jest właśnie problem- powiedziałem.- Wybaczcie, ale wydaje nam się, że macie na Roberta zły wpływ. Dlatego chcielibyśmy Was prosić, żebyście w rozmowach z nim nie podważali naszego zdania…

– Ale ten chłopak dorasta, on ma własne zdanie!- obruszyła się Aneta.- Nic dziwnego, że to zdanie różni się od waszego, wiadomo- konflikt pokoleń.

– Sęk w tym, że my nie wierzymy w konflikt pokoleń, ale w to, że po prostu ktoś młodym ludziom mąci w głowie, tłumacząc, że mają się nie zgadzać z rodzicami- odpowiedziała jej Barbara. Przerzucaliśmy się tymi argumentami jeszcze przez dobrą godzinę, lecz nie doszliśmy do żadnych wniosków. Za to temperatura dyskusji rosła z każdą chwilą. Aneta z Władkiem poczuli się bardzo urażeni naszymi sugestiami, że powinni się powstrzymać od udzielenia Robertowi wszelkich rad. Obiecali jednak, że zastosują się do naszej prośby, bo nigdy ich celem nie było podważanie rodzicielskiego autorytetu.

Parę dni później Robert odwiedził Zielińskich. Wrócił rozżalony i oskarżył nas, że zabroniliśmy im z nim rozmawiać. Próbowaliśmy mu tłumaczyć, że nie chodzi o zakaz rozmów, ale o wygłaszanie konkretnych poglądów.

– To co, może cenzurę mi zaraz wprowadzicie i nie będę mógł wchodzić na strony internetowe albo czytać gazet?!- nasrożył się.

– Synku, to nie jest cenzura- uspokajała go żona.- My po prostu staraliśmy się inaczej Cię wychować. Jako Twoi rodzice mamy prawo oczekiwać, że nikt nie będzie tego zmieniał.

– Nie macie żadnego prawa! Jestem wolnym człowiekiem- Robert już krzyczał.- Mam własny rozum i wiem, czego powinienem słuchać!

Przez całym tydzień chodził obrażony i prawie się do nas nie odzywał. W końcu jednak złość zaczęła mu przechodzić. Mieliśmy nadzieję, że coś po prostu zrozumiał. Wkrótce jednak okazało się, że chodzi o coś zupełnie innego. Zbliżały się wakacje, a jemu były potrzebne pieniądze na kurs angielskiego za granicą. Nie było nas na to stać. Wakacje spędzaliśmy zawsze bardzo skromnie, w kraju, i syn o tym wiedział. Nie rozumieliśmy więc, dlaczego przyszło mu teraz do głowy, że zafundujemy mu kurs. Musiał wiedzieć, że nie możemy sobie na taki wydatek pozwolić. Robert niespecjalnie przejął się naszą odmową, tak jakby był na nią przygotowany. Po paru dniach poinformował nas tylko, że na kurs i tak wyjeżdża, a my mamy zająć się tylko formalnościami związanymi z wyrobieniem dla niego odpowiednich dokumentów.

– Jak to wyjeżdżasz?- spojrzeliśmy z żoną na siebie zdumieni.- Przecież ten kurs jest strasznie drogi?!

– Aneta z Władkiem zapłacą.

– Nie ma mowy.- wkurzyłem się.

– Nie możesz od nich przyjąć tak drogiego prezentu. Nie pozwalam na to!

– Ale to jest dla mnie większa szansa. Jak nie podszkolę angielskiego, to żadnej pracy nie dostanę!

– Masz dopiero szesnaście lat, zdążysz się go jeszcze nauczyć- spojrzałem na syna nagle rozbawiony jego poważnym argumentem.- Z angielskiego jesteś świetny, a możesz go ćwiczyć ze mną…

– Nienawidzę Was!- wrzasnął na to i odwrócił się na pięcie.

– Ej, dokąd idziesz?! Natychmiast to wracaj!- krzyknąłem, ale Robert już zdążył wybiec z mieszkania.

Zadzwoniłem od razu na telefon komórkowy. Ale sygnał odezwał się w jego pokoju. Syn nie wrócił do domu w ciągu następnych kilku godzin. A ponieważ dochodziła już jedenasta wieczorem, zaczęliśmy się o niego martwić. Obdzwoniliśmy jego kolegów, ale nigdzie go nie było. Pomyśleliśmy też o Anecie i Władku, lecz oni powiedzieli nam, że go dzisiaj nie widzieli. Byliśmy już bliscy zawiadomienia policji. i właśnie wtedy zadzwonił Robert.

– Gdzie jesteś?!- zapytałem.

– Wszystko u mnie w porządku.

– Natychmiast wracaj do domu! Matka odchodzi od zmysłów.

– Nie! Wy mnie nie rozumiecie. Nie chcę z Wami mieszkać!- rozłączył się. Po naradzie z żoną postanowiliśmy jeszcze chwilę poczekać z zawiadamianiem policji. Był weekend i podejrzewaliśmy, że Robert musiał się zadekować u któregoś z kolegów, dlatego nic mu nie groziło. Gdy do rana ochłonie, zda sobie sprawę z tego, jak głupio zrobił i, chcąc nie chcąc, wróci do domu. Tak nam się przynajmniej wydawało.

Następnego dnia czekaliśmy jak na szpilkach na telefon od Roberta.

Zamiast tego doczekaliśmy się wizyty Władka.

– Musimy porozmawiać- oznajmił od progu.- Wasz syn jest u nas.

– Przecież wczoraj mówiliście…

– Przyszedł dopiero po Waszym telefonie- odparł Zieliński.

Nie mieliśmy podstaw, aby mu nie wierzyć, lecz jego deklaracja zabrzmiała nieszczerze. Czuliśmy to oboje z Bożeną, bo spojrzeliśmy na siebie jednocześnie.

– Powinniście do nas od razu zadzwonić.- powiedziała żona.

– Albo lepiej od razu go to przywieźć.

– To nic by nie dało. On po prostu nie chce mieszkać z Wami.

– jest jeszcze za mały, żeby o tym decydować…- zaczęła Bożena.

– Ale wystarczająco duży, żeby wam było trudno zmusić go do tego.

– Bronisz go?!

– Nie. Mamy tylko dla Was pewną propozycję. Trochę się nad tym już zastanawialiśmy z Anetką, a ostanie wydarzenia utwierdziły nas, że tak będzie najlepiej. Nie musicie odpowiadać od razu, ale na Waszym miejscu dobrze bym się nad tym zastanowił.

To, co zaproponował nam Władek, dosłownie nas zamurowało. Otóż ni mniej, ni więcej, ustalili z Robertem, że przeniesie się on do ich domu i zamieszka tam na stałe. Nasz syn był do tego nastawiony entuzjastycznie! Zresztą jak zrozumieliśmy, cała trójka myślała już o tym od dłuższego czasu i tylko jakby czekała na odpowiedni moment, który dałby pretekst do takiej przeprowadzki. Byli przy tym święcie przekonani, że to idealne rozwiązanie. Władek przekonywał nas usilnie, że powinniśmy się zgodzić dla dobra Roberta. Po co nam te wszystkie problemy wychowawcze, które sprawia? Poza tym, jak się do nich wprowadzi, to będziemy mogli bardziej poświęcić się pozostałym dzieciom. A Robertowi niczego nie zabraknie, bo oni mu zapewnią wszystko, czego potrzebuje. Obiecał również, że syn będzie nas często odwiedzał. Propozycja była tak bezczelna, że naprawdę ledwo się powstrzymałem, aby nie tylko słownie wyrazić swoją dezaprobatę. Zażądaliśmy od Władka natychmiastowego powrotu naszego syna do domu, grożąc, że w innym wypadku wezwiemy policję. Nasz gość pokiwał głową, jakby właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał. Nic jednak nie odpowiedział, tylko wyszedł.

– Im się chyba wydaje, że tak po prostu mogą sobie kupić dziecko!- powiedziałem wzburzony.

– Ale co my zrobimy, jeśli nie będzie chciał wrócić do domu?- żona najwyraźniej straciła bojowy zapał.- Przecież tak naprawdę nie naślemy policji, żeby go siłą zabrała z domu.

Bożena miała rację. Byliśmy trochę w patowej sytuacji. Na dodatek musieliśmy się zająć też pozostałą trójką naszych smyków i wytłumaczyć im, dlaczego Roberta nie ma z nami. A to nie było łatwe.

Tymczasem Zielińscy usiłowali nas powoli urabiać. Z Bożeną spotkała się Aneta, żeby porozmawiać z nią jak matka z matką. To stwierdzenie szczerze zirytowało moją żonę.

– Skoro chciałaś być matką, to trzeba sobie było urodzić dziecko!- oznajmiła Anecie.- A nie teraz kraść cudze!

– No wiesz? Jak możesz, przecież wiecie, że się staraliśmy, próbowaliśmy…

– Tak, jak wam czterdziestka zapukała do drzwi, to się staraliście. A wcześniej to się tylko realizowaliście na wycieczkach i wypadach ze znajomymi w różne dziwne miejsca. Co Ty w ogóle wiesz o macierzyństwie?!

– Wystarczająco dużo. Bardzo długo przygotowywałam się do tej roli.

– Pewnie, żeby przyjść na gotowe. Bez nieprzespanych nocy i chorób dzieciństwa. A może chcecie od razu wszystkie?

– Co proszę?

– No może chcecie od razu wszystkie nasze dzieci?!- ironizowała moja żona.- Skoro jesteście bogaci i dobrze przygotowani do wychowania, to dlaczego poprzestawać na jednym?! Zafundujcie sobie od razu całą czwórkę…

– Ja tu nie przyszłam żartować.

– Chyba jednak tak, skoro uważasz, że przekonasz nas do oddania dziecka! Ale widzę, że perspektywa wychowania piątki cię przeraziła? No tak, tyle kłopotów, zwłaszcza z tą najmłodszą, dwuletnią Marysią… Tak, najlepiej sobie wybrać takiego odchowanego szesnastolatka i mieć święty spokój, odgrywając mamusię i tatusia!

– To nieprawda- broniła się Aneta.

– On teraz wkracza w bardzo ciężki wiek dorastania, sami to wiecie. Nie jest łatwo się z nim dogadać…

– Gdybyście go nie buntowali, byłoby o wiele łatwiej!- włączyłem się do rozmowy.- Zresztą co Wy możecie o nim wiedzieć?! Znacie go ledwo trzy lata, a my od urodzenia. Rozumiemy każdy jego gest, każdą minę.

– Ale to z nami chce mieszkać! Widocznie go zawiedliście!

Tego już było dla nas za wiele. Wyprosiliśmy ją. Nie mieliśmy jednak wyjścia, musieliśmy jakoś próbować się dogadać, żeby nie stawiać sprawy na ostrzu noża. Dlatego przez kilka kolejnych dni usiłowaliśmy prowadzić negocjacje, po trosze z naszym synem, po trosze z Zielińskimi. Jednak każdego kolejnego dnia czuliśmy, że oni są coraz bardziej pewni swego. Nasze wahanie przyjęli najwyraźniej za cichą aprobatę i dlatego stawali się coraz bardziej bezczelni! Jednego wieczoru Aneta powiedziała nawet, że Robert nie może podejść do telefonu, bo w tej chwili uczy się matematyki! Jakby to było ważniejsze od rozmowy z rodzicami.

Uznaliśmy w końcu, że polubownie niczego nie załatwimy. Zawiadomiliśmy policję o uprowadzeniu naszego dziecka i podaliśmy miejsce jego pobytu. Ja pojechałem z policjantami pod dom Zielińskich. Chyba zdziwiło ich, że w końcu zdecydowaliśmy się na ten krok, bo nie byli na niego przygotowani. Nie utrudniali jednak policjantom zabrania Roberta, a nawet wytłumaczyli mu, żeby się nie opierał i był spokojny, bo wszystko będzie dobrze. Parę dni później dostaliśmy wezwanie do sądu rodzinnego. Okazało się, że Aneta i Władek wynajęli adwokata, który miał doprowadzić do odebrania nam syna, a ich ustanowić tymczasowymi opiekunami zastępczymi. Wskazywali przy tym na osłabienie jego więzi z nami oraz na fakt, że Robert chciał z nimi mieszkać. Ponadto dodawali, że oni zapewnią mu lepsze warunki rozwoju, bo są od nas w dużo lepszej sytuacji materialnej. My zaś żyjemy na granicy ubóstwa, a nasza rodzina tak naprawdę jest patologiczna. I nawet nie potrafimy docenić tego, że ktoś chce pomóc naszemu dziecku, i swoimi decyzjami blokujemy jego edukację. Bardzo baliśmy się procesu. Dowiedzieliśmy się od znajomych, że adwokat wynajęty przez Zielińskich jest najdroższym i najlepszy w branży w kwestii spraw rodzinnych. Nas nie było stać na kogoś takiego. Szczerze mówiąc, w ogóle nie bardzo nas było stać na jakiegokolwiek adwokata. Kluczowe były więc tu zeznania Roberta. A tych mogliśmy się obawiać. W dniu posiedzenia sądu nasz syn się do nas nie odzywał, a my mu się nie narzucaliśmy. Znaliśmy jego buntowniczy charakter i wiedzieliśmy, że jeżeli będziemy chcieli zbyt zdecydowanie przemówić mu do rozsądku, może to mieć odwrotny skutek. Zresztą Robert wyraźnie przeżywał jakieś rozterki. Może dotarło do niego, że chciał zrobić coś bardzo niemądrego? Przed procesem przez tydzień mieszkał w domu i wyglądał na bardzo rozczarowanego, kiedy chciał wpaść do Anety i Władka, a okazało się, że oni wyjechali na tydzień, nie informując go o tym wcześniej…

Na pytania sędzi Robert odpowiadał dość płynnie. Dopiero gdy zapytała go, gdzie chce mieszkać, zaciął się.

– Ja… Bo ja…

– podobno nie chcesz mieszkać już ze swoimi rodzicami?- padło pytanie.

– Tak… to znaczy nie chciałem. Ale przemyślałem wszystko. I chcę nadal z nimi mieszkać- oznajmił Robert.

Adwokat Zielińskich usiłował sugerować, że wywarliśmy ostatnio na syna niewłaściwy wpływ, bo przecież wcześniej jasno deklarował, z kim czuje się najlepiej. Sędzia jednak niczego takiego w postawie chłopca się nie doszukała i odrzuciła wniosek znajomych. Wreszcie mogliśmy wrócić do domu w komplecie!

Myślałem, że Robert w końcu przyjdzie do nas i sam wytłumaczy, dlaczego zmienił w ostatniej chwili zdanie. Ale on uparcie milczał na ten temat przez kilka kolejnych tygodni. Uznałem w końcu, że sam muszę się zapytać.

– Oni chcieli, żebym kłamał- odpowiedział z wyraźną przykrością.

– Jak to?

– Ten ich adwokat… On powiedział, że to wszystko może być za mało i powinienem powiedzieć, że mnie psychicznie maltretowaliście. Tak mi powiedzieli. A ja nie chciałem tak mówić, bo przecież…- urwał.- Oni mnie przekonywali, że takie kłamstwo nie jest złe, że powinienem tak mówić dla naszego wspólnego dobra. A ja po prostu nie potrafię…

Mocno przytuliłem syna, a potem z dumą opowiedziałem o wszystkim Bożenie. Wyglądało na to, że nasze metody wychowawcze odniosły skutek. Bo zawsze staraliśmy się tłumaczyć dzieciom, że kłamstwo to po prostu kłamstwo, nieważne, jak ktoś je nazwie ani jak ładnie opakuje. Władek i Aneta próbowali jeszcze odzyskać kontakt z Robertem, lecz on już nie chciał z nimi rozmawiać.

Zagroziliśmy im, że jeżeli będą natrętni, to zdobędziemy sądowy zakaz zbliżania się do naszego syna. Ponieważ wiedzieli już, że nie rzucamy słów na wiatr, dali sobie spokój.

 

One Response

  1. I oto widać, co pieniądze mogą z robić z dziecka. Obcy ludzie, którzy potrafią zdobyć sympatię dzieciaka, a do tego mają pieniądze i kupują prezenty zaczynają mieć przewagę nad prawdziwymi rodzicami. Potrafią tak omamić dziecko, że nie czuje ono już żadnej więzi emocjonalnej z prawdziwą matką i ojcem. Szok! Na szczęście wszystko dobrze się skończyło…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *