felietony

Mój syn wrócił po latach i wyrwał mnie z bagna

Gdy mój syn po dziewięciu latach stanął w drzwiach, nie mogłam uwierzyć w to, co widzę… W jednej sekundzie przed oczami przeleciało mi całe dotychczasowe życie.

Krzysiek był zawsze moim ukochanym synem. Z mężem mieliśmy jeszcze starszą córkę, ale Krzyś zajmował wyjątkowe miejsce w moim sercu.

Jako matce przypadła mi rola obrończyni moich dzieci. Ich ojciec, rasowy alkoholik, w tygodniu udawał przykładnego obywatela, a w weekendy upijał się na oczach rodziny i podnosił na nią rękę.

Podczas awantur Krzysiek zawsze stawał w mojej obronie. Jako czternastolatek był świadkiem kolejnej sceny z udziałem ojca.

 

Prawie mnie zabił…

 

Niby nic nadzwyczajnego. Mój mąż w nocy wrócił do domu pijany, nie mógł dojść do łóżka o własnych siłach, więc po drodze obijał się o ściany i przedmioty w domu. W końcu stłukł lustro w przedpokoju i obudził dzieci. Jako nastolatki byli przyzwyczajeni do takiego widoku. To jednak była jedna z tych nocy, która zapada w pamięć. Próbowałam zaprowadzić pijaną „głowę rodziny” do sypialni. Jednak pełen agresji rzucił się na mnie. Nie poczułam tego, czego doświadczałam często wcześniej, czyli jego dłoni uderzającej w mój policzek. W całej szamotaninie zorientowałam się, że przykłada ręce do mojej szyi. Tak, mój mąż w alkoholowym amoku zaczął mnie dusić. Wszystko widział Krzysiek i jego starsza o dwa lata siostra. Mój czternastolatek rzucił się ojcu na plecy, próbując go ode mnie odciągnąć. Ale to go nie ruszyło. Krzyś chwycił za wazon i rozbił go na głowie ojca. Wtedy ten osunął się na ziemię. Na szczęście nic poważnego się nie stało. Ocuciliśmy go zimną wodą, po kilku minutach oprzytomniał, a na drugi dzień dostrzegł tylko drobne rozcięcie skóry. Wystarczył plaster. Ja przez jakiś czas chodziłam z siniakami, lecz jestem przekonana, że tamtej nocy mój syn ocalił mi życie…

 

Wybór a rodzina

 

Pół życia nosiłam na sobie brzemię swojego wyboru. Wyboru na męża takiego człowieka, który krzywdził rodzinę. Winiłam się za swoje życiowe decyzje. A jedną z nich było to, by przy nim zostać mimo wszystko. Jestem chrześcijanką i nie brałam pod uwagę rozwodu. Ale wiele razy zastanawiałam się, czy gdybym dokonała innych wyborów, życie moich dzieci byłoby lepsze. Czy żałuję? Nie. Przecież gdyby nie mój mąż, na świat nie przyszłyby moje dzieci. One też zadały mi kiedyś to pytanie: „mamo, nie żałujesz życia z alkoholikiem? Dlaczego?”. Moja odpowiedź była prosta: „bo mam Was”. I mimo że dzieci nie widziały w domu żadnych oznak miłości, starałam się trwać w tym chorym małżeństwie. Chorym z powodu braku ciepłych uczuć, w którym przez lata jedynymi emocjami były gniew i strach, chorym z psychicznego wypalenia, wymagającym natychmiastowej rehabilitacji. Jak mówi się o osobach uzależnionych, często nie wiedzą, że żyją w chorobie. Ja wiedziałam, ale nie potrafiłam wyrwać swojego męża z tego stanu nieświadomości, w którym tak uparcie się zakorzenił.

Krzysiek i jego siostra Weronika przez lata doświadczali tego, czego tak bardzo chciałam uniknąć. Sama dorastałam w patologicznym domu. Niestety często współuzależnienie nie opuszcza nas przez całe nasze życie. I tak stało się ze mną, kiedy zupełnie nieświadoma wyszłam za człowieka ze skłonnością do alkoholizmu. A może alkoholikiem był już w dniu ślubu? Dziś ma to drugorzędne znaczenie. Moje dzieci były tymi, które dawały mi nadzieję. I Pan Bóg.

 

Krzyś

 

Krzyś. Od momentu narodzin był kimś wyjątkowym. Nie mówię tego tylko dlatego, że byłam w sposób oczywisty w nim zakochana jako matka. To było coś więcej. Widziałam w nim rękę Boga. Mimo że wszystkie dzieci są bożym darem, to właśnie w nim tkwił sens tego stwierdzenia. Kochałam go niemożliwą miłością. Dlatego gdy zniknął, był to dla mnie cios w serce. Był 2006 rok. Miał wtedy osiemnaście lat. Niedługo po osiągnięciu pełnoletności przepadł bez śladu.

 

Zniknięcie Krzyśka było dla mnie ciosem. W sobotę po prostu wyszedł z domu. Ja zajęłam się jak zwykle obowiązkami w domu, myśląc, że spędza dzień u kolegi. Gdy zbliżał się wieczór, zaczęłam się martwić. Jego telefon był wyłączony, nie wrócił na noc. Gdy nie wrócił w niedzielę, byłam przerażona. Później to uczucie towarzyszyło mi przez te wszystkie lata. Nie wiedziałam gdzie jest moje dziecko, ani czy w ogóle żyje.

 

Czy żyje?

 

Oczywiście policja szukała Krzyśka, jednak nie pokładałam w tym dużych nadziei. Z czasem zaczęłam się zastanawiać, czy moje dziecko w ogóle żyje. Moje serce było jak otwarta rana. Cynizm mojego męża sięgał zenitu. Mawiał: „Jak chciał, to niech sobie gówniarz sam radzi”. Wiele razy powtarzał, że nasz syn po prostu uciekł. Ale jakoś nie mogło to do mnie dotrzeć. Nie wiedziałam w co wierzyć, tylko codziennie się modliłam. Starałam się zachować resztki zdrowego rozsądku. Ale wydawało mi się, że sprawdziliśmy już wszystkie możliwe miejsca, w których mógł przebywać Krzysiek. Może wyjechał gdzieś daleko, tak, aby go już nigdy nie odnaleźć? W to akurat nie chciałam wierzyć. To byłoby przyznaniem przed samą sobą swojej rodzicielskiej porażki. Tego, że wolał uciec od nas, swojej rodziny i jej więcej nie oglądać. Na swój sposób nie chciałam tego zaakceptować w swoich myślach. Rozważałam raczej scenariusz, że ktoś go napadł, zamordował, albo porwał i gdzieś wywiózł. Po jakimś czasie zaczęłam się zachowywać, jakby faktycznie Krzyś już nie żył. Byłam pełna rozpaczy. Co roku wspominałam kolejną rocznicę zaginięcia syna. To było coś strasznego. „Gdyby chociaż odnaleźli jego ciało” – myślałam. To byłoby lepsze, niż życie w nieświadomości. Ból podążałby swoim rytmem i rana w sercu z biegiem czasu zaczęłaby się zabliźniać. A teraz trwało to ciągle i nieprzerwanie.

 

Stanął w drzwiach

 

Tego dnia kolejny raz „obchodziłam” rocznicę zniknięcia syna. Czyli pogrążałam się w swoim smutku. Pamiętam go bardzo dokładnie. Zapaliłam świeczkę na parapecie w kuchni. Nie podobało się to Weronice. Choć kilka lat wcześniej wyprowadziła się w domu, często odwiedzała swój rodzinny dom. Ojca to nie obchodziło, przychodziła do mnie. Wtedy kolejny raz powiedziała: „Mamo, przestań palić te świeczki. To tak, jakbyś uznała Krzyśka za zmarłego” – próbowała mnie przekonać, abym nie traciła nadziei. Miała rację. Ale nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Przestałam sobie radzić właściwie ze wszystkim, całe moje życie wypełniały myśli o nim i wszelkiego rodzaju lęki. Wtedy ja sama potrzebowałam pomocy. Oprócz palenia świeczki, dzień „rocznicy” poświęcałam na modlitwę, co roku składałam intencję w kościele o odnalezienie syna. Choć w mojej głowie zaczęła dominować myśl, że prędzej odnajdzie się martwy, niż żywy.

Popołudnie spędziłam sama w domu. Mój mąż gdzieś przepadł, jak to często bywało w weekendy. Próbowałam w końcu uspokoić myśli i choć na moment się czymś zająć, zrobić coś dla siebie. By nie skupiać się cały dzień tylko na jednym wydarzeniu, od którego minęło dziewięć lat.

Wzięłam gorącą kąpiel, ubrałam się wygodnie i usiadłam w fotelu pod kocem. Zaczęłam czytać książkę. Gdy wczytałam się w lekturę, nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Zaznaczyłam sobie stronę, na której skończyłam czytać i poszłam otworzyć drzwi. Gdy pociągnęłam za klamkę i drzwi się uchyliły, mało co nie zemdlałam. Czułam gęsią skórkę na całym ciele i kołatanie serca. Jakby mnie zmroziło i za chwilę uderzyło niesamowite gorąco, w jednej sekundzie skoczyło mi ciśnienie. Stanęłam jak wmurowana. To był on.

 

Nie wiem ile chwil minęło zanim zareagowałam. Myślałam, że to sen i za chwilę się obudzę, albo odwiedził mnie duch. W każdym razie w pierwszych sekundach nie przeszło mi przez myśl, że to prawda i że to spotkanie może być całkowicie realne. Jednak zaraz się okazało, że nie postradałam zmysłów.

– Cześć mamo – powiedział wysoki, młody mężczyzna z lekkim zarostem. Miał na sobie flanelową koszulę, dżinsy i zniszczony plecak. Włosy mu ściemniały, ale przecież każda matka jest w stanie rozpoznać własne dziecko. Natychmiast padliśmy sobie w ramiona. Powrót Krzysia był jak grom z jasnego nieba.

 

Przegadaliśmy całą noc

 

Byłam cały czas oszołomiona, kiedy weszliśmy do domu. Chciałam wierzyć, że to nie sen. Mój syn był cały i zdrowy. Nawet nie wiedziałam co mówić. Zaparzyłam herbatę, podałam mu obiad, byłam pewna, że przejechał jakiś szmat drogi. Miał ze sobą duży, turystyczny plecak. Postanowiłam poczekać z pytaniami. Chciałam cieszyć się tą chwilą, że po prostu jest w domu. Po kilku głębokich spojrzeniach, on zaczął mówić.

– Mamo, nie wiem od czego zacząć – powiedział zgaszonym głosem.

Odpowiedziałam, żeby się nie spieszył. Rozmawialiśmy cały wieczór i mijała godzina za godziną.

– Byłem tu już wcześniej, chodziłem kilka godzin pod domem i po okolicy, chciałem się upewnić, że ojca nie ma w domu i przyjść kiedy będziesz sama – wyznał. Krzysiek opowiedział mi o swoich przeżyciach z ojcem. Ta historia mnie zszokowała.

– Mamo, to ojciec wyrzucił mnie wtedy z domu i kazał nie wracać. Powiedział, że nie mam tu już wstępu – opowiadał mój syn, a ja nie wierzyłam własnym uszom. To jest po prostu niemożliwe! Jak ten bydlak mógł wyrzucić nasze dziecko z domu?

 

Zniknął

 

Krzysiek postanowił opowiedzieć mi wszystko ze szczegółami dopiero teraz, kiedy zrozumiał, że nie może mnie zostawić bez wiadomości. Widział swoje zdjęcie wśród zaginionych osób poszukiwanych przez policję. Wiedział, że gdy już nigdy się nie odezwie, nie zaznam z tego powodu spokoju do końca życia. Jego własny ojciec kazał mu wyjść z domu po skończeniu osiemnastki i żyć na własny rachunek. Wyrzucił go bez niczego, nie dał pieniędzy, jego rzeczy zostały w pokoju, nie pozwolił mu się spakować. Ojciec krzyczał tylko, że wszystkie te rzeczy nie są Krzyśka, bo za nie nie zapłacił. Wyszedł z domu popychany przez ojca, tak jak stał. Od tej chwili nie miał w życiu nic. Został osiemnastoletnim bezdomnym. Wtedy uczył się jeszcze w liceum. Przestał chodzić do szkoły, bo bał się, że ojciec się wścieknie. A przecież ojciec nie chciał mieć z nim nic wspólnego. Miał zniknąć zewsząd i na zawsze. Da niego syn przestał istnieć. Nie chciał wezwań na wywiadówki, rozmów z nauczycielami i innymi ludźmi na temat Krzyśka. Miał zniknąć, aby go więcej nikt nie oglądał. Nie mógł już kontaktować się z kolegami, bo wyszłoby na jaw, że jest w mieście. Musiał uciec przed ojcem.

 

Osiemnastoletni bezdomny

 

Krzysiek wyjechał do oddalonego od nas sto kilometrów Poznania. Tam funkcjonował jak typowy bezdomny. Nie miał nic. Z początku nocował gdzieś pod gołym niebem, bo noce tej wiosny były dosyć ciepłe. Myć się chodził do publicznej łazienki na dworcu PKP. Całymi dniami chodził i zbierał drobne, przez przypadek zgubione przez ludzi na ulicy. Na dworcu i chodnikach czasami udało mu się znaleźć kilka groszy. Tak trafił do pewnej piekarni, w której kupił sobie bułki. Wpadł na pewien pomysł, który prawdopodobnie uratował mu życie. Oprócz ekspedientki, za ladą zjawił się właściciel, który coś z nią omawiał. Krzysiek postanowił zapytać o pracę. Właściciel piekarni przyjął młodego chłopaka do sprzątania. Krzysiek chciał sprzątać, a w zamian za to otrzymywać trochę pieczywa, które się nie sprzedało. Szef docenił jego skromność i uczciwość, zaczął mu płacić niewielkie sumy. Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że chłopak jest bezdomny. Pozwolił mu spać na zapleczu.

– Miałem szczęście mamo, trafiłem na dobrych ludzi – mówił mój syn. Mimo że na tym „wygnaniu” tak dobrze sobie radził, słuchałam tego z przerażeniem.

Pracował w piekarni, co wieczór sprzątając. W nocy, kiedy piekarze zaczynali swoją pracę i produkcję pieczywa, które rano musiało trafić do sprzedaży, Krzysiek nie raz przypatrywał się ich pracy. Po jakimś czasie, ekspedientka zwolniła się z pracy z powodu wyjazdu za granicę z mężem. Wtedy właściciel, widząc zaangażowanie Krzyśka, zatrudnił właśnie jego jako sprzedawcę. Tym samym Krzysiek miał stałą pensję i wynajął sobie pokój. Powoli stawał na nogi. Cały czas jednak wracał myślami do tego dnia, kiedy ojciec wyrzucił go z domu. Psychicznie wciąż cierpiał. Kilka razy dzwonił na nasz stacjonarny telefon, ale za każdym razem odbierał ojciec. Za każdym razem mu groził, że jeżeli jeszcze raz zadzwoni, albo pokaże się w okolicy, „pozbędzie się matki”.

– Wiedziałem, że on może nie żartować, mamo – tłumaczył Krzysiek. – Bałem się wracać. Przecież mógł coś ci zrobić.

Nie miałam o tym pojęcia, że były z jego strony próby kontaktu, a że jego ojciec tak podle postąpił. Nawet jego nie podejrzewałabym o takie zachowanie. Ale to wszystko miało sens. Przecież nie żyłam z normalnym człowiekiem, a uzależnionym i agresywnym. Nie raz pokazał na co go stać. Wiele lat wcześniej groził swojej rodzinie. Boże, nie wiedziałam, że może się dopuścić czegoś takiego i jak bardzo nie kocha swoich dzieci. Teraz z pomocą Krzyśka przejrzałam na oczy.

 

„Mamo, jedź ze mną”

 

Było już nad ranem, kiedy Krzysiek opowiedział mi, co się z nim działo przez te dziewięć lat. Poszliśmy spać, ale i tak nie mogłam zasnąć. Miałam tylko nadzieję, że w nocy nie wróci „głowa rodziny” i nie wystraszy naszego syna, albo co gorsza, rozpęta awanturę. To mogłoby się skończyć tragicznie. Miałam jednak przeczucie, że wróci, ale dopiero wieczorem. Tylko co wtedy z Krzyśkiem? Jak mamy się zachować? Czy mam go ukrywać? Te i inne pytania kotłowały się w mojej głowie. Wstałam po kilku godzinach, Krzysiek spał dłużej, głębokim snem. Czasami do niego zaglądałam. Gdy rano zszedł na dół do kuchni, zjedliśmy razem śniadanie. Czułam się cudownie, jakby wszystko na moment wróciło na swoje miejsce i że jesteśmy znowu rodziną. Ale potem wrócił ten niepokój związany z powrotem mojego męża do domu. Ale wtedy Krzysiek zaczął mówić o swojej obecnej sytuacji. Nadal pracuje w piekarni, ale nauczył się fachu i zajmuje się wypiekiem chleba, a także pomaga w innych pracach. Zarabia nieco lepiej, więc wynajął mieszkanie.

– Mamo, nie wiem kiedy wróci ojciec, może się pojawić w domu w każdej chwili – mówił Krzysiek. – Jedź ze mną do Poznania.

Co? Miałabym rzucić wszystko i przenieść się do obcego miasta? To wydało mi się bardzo szalone. Ale w trakcie rozmowy zaczęłam sobie wyobrażać moje życie inaczej. Może coś zmieniłoby się na lepsze? Mój mąż nigdy nie chciał się leczyć, ani zmienić. Poza tym byłam pewna, że miną długie lata, zanim wybaczę mu to, co zrobił. Podjęłam tę decyzję. Zostawiłam kartkę z informacją dla męża. Wyjechałam z Krzyśkiem. Spakowałam się i wprowadziłam do jego kawalerki. Wiedziałam, że mieszkanie z mamą dla młodego mężczyzny może być obciążeniem. Ale on chciał mnie ratować. Ratować resztę mojego życia, która mi została i którą mogę przeżyć inaczej, niż u boku męża alkoholika. W Poznaniu zaczęłam terapię dla współuzależnionych. W jej trakcie przekonałam się, że to było jedyne słuszne wyjście z całej sytuacji i że nie powinnam pielęgnować w sobie poczucia winy. Dlaczego? Bo czasami jedyne, co nas ratuje to oderwanie się od osoby uzależnionej. Zaprzestanie ciągłego pomagania, tkwienia w bagnie. Zrozumiałam, że mój mąż jest dorosły i musi brać odpowiedzialność za własne życie. Jeżeli tego nie robi – jest to jego wybór.

Wtedy po raz pierwszy w życiu poczułam się wolna. Dziś mogę powiedzieć, że jestem innym, odmienionym człowiekiem. Zniknął ciągły lęk i strach o to, co będzie jutro. Mój syn uratował mi życie.

3 Responses

  1. Co za historia!Niestety życie pisze nam różne scenariusze.Najpiekniejsze jest to iz po mino tylu lat syn powrocil aby dac mamie lepsze ,,jutro”.Podziwiam bardzo Pania ze po tylu latach męczarni odeszla Pani od meza.Kobiety bardzo czesto zostaja w takich zwiazkach,nie maja odwagi odejsc.Teraz napewno bedzie juz tylko lepiej.

  2. Sama mam dwoje dzieci i nie wyobrażam sobie co by było gdyby jedno z nich zniknęło.Wiem czym jest ból po stracie dziecka bo codziennie widzę jak cierpią moi rodzice od kiedy ich syn a moj brat zginął w wypadku samochodowym.Nie życzę trgo nikomu.

  3. Kobieta powinna była zostawić drania dawno temu. Rozumiem jednak, widzi się pełno takich przypadków, że z jakiegoś powodu kobiety tkwią w takich sytuacjach nawet całe życie. Tu akurat bohaterka miała to szczęście, że syn ją uratował i może jeszcze spokojnie pożyć i być szczęśliwa. Ale po jakich przejściach….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *