Informacje KRONIKA POLICYJNA z kraju

Po inwestycjach w złote sztabki przyszedł czas na dzieła sztuki. Kolejna piramida finansowa rozbita!

Jeszcze kilka lat temu liczono w setkach tysięcy złotych straty inwestorów lokujących kapitał w Amber Gold. Podobny przypadek wydarzył się ponownie! Czy Polacy jednak nie uczą się na błędach?

Ponad trzysta milionów strat i setki oszukanych klientów. Taki bilans przedstawia kolejna piramida finansowa, ściągnięta rodem z Amber Gold. Tym razem biznes skierowany był w klasę wyższą. Inwestorzy lokowali swój ogromny kapitał w dziełach sztuki oferowanych przez kilkanaście galerii. Właścicielką sieci była Joanna S., która w sprytny sposób wyłudziła miliony. Obietnica zysków dużo większych niż we wspomnianym wcześniej Amber Gold przyciągała tłumy, mimo coraz większej świadomości społeczeństwa na temat piramid finansowych. Inwestorzy oczywiście nigdy nie zobaczyli dzieł sztuki, w które zainwestowali. Sprawa trafiła do prokuratury, a śledztwo nadal trwa.

 

Kim jest pomysłodawczyni kolejnej piramidy finansowej?

 

Promotorka sztuki, z wieloletnim doświadczeniem i szerokimi kontaktami w gronie artystów – w taki właśnie sposób opisywała siebie Joanna S., zachęcając potencjalnych inwestorów do zainteresowania się jej ofertą. Prowadziła kilka galerii sztuki, w Szwecji – w której mieszkała od trzydziestu lat, a także w Polsce. Jednak główna siedziba mieściła się w Trelleborgu.
Klienci nie mogą uwierzyć, że tak perfidnie zostali oszukani

 

Pojawiło się wiele głosów mówiących o zbudowaniu przez Joannę S. piramidy finansowej. Gdy sprawy zaczęły wychodzić spod kontroli, właścicielka biznesu zniknęła, uciekając przed oszukanymi klientami.

 

Z wypowiedzi inwestorów wynika, że lokowali w słowa jej i jej pracowników setki tysięcy, a nawet milionów złotych. Jeden z nich – chcący pozostać anonimowy – ujawnia, że jego najtańsza inwestycja w rzeźby wynosiła sto pięćdziesiąt tysięcy złotych. Natomiast ta najdroższa, to kwota rzędu ośmiuset tysięcy. Na prośbę wydania rzeźb, które zakupił, usłyszał odpowiedź, że nie może ich zobaczyć.

 

Kolejny z oszukanych klientów, teraz również twierdzi, że dał się nabrać. Na dodatek bardzo boleśnie, ponieważ w obietnicach Joanny S. ulokował aż siedem milionów złotych. On także do tej pory nie wie, gdzie znajdują się rzeźby, które – jakby na to nie patrzeć – są jego własnością.

 

Wszystkich – tak już teraz można określić – naiwnych inwestorów łączy jedno: dali się nabić w butelkę i tańczyli tak, jak im Joanna S. zagrała.
Tych najbardziej zamożnych klientów ściągała do głównej siedziby swojej firmy w Trelleborgu. To właśnie tam, niczego nieświadomi, pozbywali się swoich ciężko zarobionych milionów.

 

Metody działania Joanny S. wyglądały jak sekta

 

Wiele osób, które miały kontakt z właścicielką galerii, odnosiło po czasie wrażenie, że wszystkie słowa wypowiadane przez kobietę, miały w sobie coś mrocznego i tajemniczego. Obietnice powiązane z pięknymi opowieściami o życiu, szczęściu i samospełnieniu zakrawały o umiejętności wywierania wpływu porównywalnego z guru jakiejś sekty. Joanna S. informowała także wszystkich o rzekomej szybkiej sprzedaży wszystkich dzieł, jakie tylko pojawiają się w jej galerii.

 

Jej moc przekonywania była tak wielka, że dało się złapać w jej sieci także wielu profesjonalnych i wysoko postawionych pośredników finansowych. Co gorsza, oprócz inwestowania własnych środków, skuszeni szybką wizją zarobku, inwestowali w dzieła sztuki „widmo” również pieniądze swoich klientów. Własne portfele narazili na utratę różnych kwot – od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych. Z klientami było już gorzej, bo straty można liczyć w milionach.

 

Wśród osób poszkodowanych, znaleźli się także ludzie inwestujący naprawdę astronomiczne kwoty – sięgające dziesięciu, a nawet dwudziestu milionów złotych – to może jedynie świadczyć o niesamowitej skuteczności planu Joanny S.

 

W planie kobiety można doszukiwać się inspiracji Amber Gold – gdy firma, rzekomo inwestująca w sztabki złota, upadała w 2012 roku, Joanna S. rozkręcała od podstaw swój biznes oparty na dziełach sztuki. Wszystko funkcjonowało bardzo podobnie – założeniem była cicha sprzedaż rzeźb zamożnym ludziom i udowodnienie, że można na tym zarobić. Początkowo inwestorzy otrzymywali obiecane, wysokie zyski. Ta sytuacja podświadomie skłaniała ich do polecania Joanny S. innym bogatym znajomym, jako prawdziwej żyły złota. Na efekty, nie trzeba było długo czekać. Skuszeni sugestią i wynikami, a także wpływem Joanny S. szybko inwestowali duże środki pieniężne w – jak się później okazało — trefny biznes.

 

W bardzo złej sytuacji są osoby, które mimo braku na koncie środków pozwalających na inwestycje w rzeźby, zaciągali kredyty, skuszeni szybką wizją zarobku. Pozostali w tym momencie bez swoich dzieł sztuki, dodatkowo z rosnącym długiem, który spłacać muszą jeszcze przez kilka lat. Ze świecą dziś szukać pracowników Joanny S., pracujących niegdyś w gdyńskiej galerii. Od momentu, w którym właścicielka przestała wypłacać zyski inwestorom, drzwi do jej oszukańczego imperium coraz częściej pozostają zamknięte.

 

Proceder niby znany, a i tak zebrał swoje żniwo

 

Co ciekawe, schemat działania Joanny S., od samego początku mógł już budzić podejrzenia. Jednak jej siła perswazji była tak ogromna, że nikt oszukańczego procederu się tam nie dopatrywał.

 

Klienci mieli do dyspozycji katalog z rzeźbami, z którego wybierali interesujące ich dzieło. Kupowali je na podstawie umowy kupna – sprzedaży, jednakże nie zabierali eksponatu z sobą do domu. Opiekować się nimi miała Joanna S., jako doświadczona promotorka sztuki – rzeźby przebywać miały w jej galeriach. Oprócz umowy dostarczała klientom certyfikat autentyczności, który własnoręcznie podpisywała. Inwestycje te były półroczne lub roczne – po tym czasie, rzeźby zostawały odkupowane przez Joannę S., po obiecanej wcześniej, dużo wyższej cenie. Wtedy rzeźby mogli kupić kolejni inwestorzy.

 

Stopa zwrotu z inwestycji podzielona była na dwa warianty. Pierwszy, przeznaczony był dla klientów inwestujących mniej, niż sto tysięcy złotych. Mogli oni liczyć na piętnaście procent zysku. Drugi wariant należał do kwot wyższych niż sto tysięcy – tacy inwestorzy mogli liczyć na osiemnaście procent zwrotu. Dodatkowym wabikiem była gwarancja odkupu dzieł po upłynięciu określonego czasu.

 

W każdej z galerii można było usłyszeć identyczną historię. Galerie Joanny S. oferują tak wysokie stopy zwrotu, ponieważ stoi za tym amerykański inwestor. Zamawia on z dużym wyprzedzeniem ogromną ilość rzeźb, które wykorzystuje w swoich apartamentach. Gdyby właścicielka galerii miała od razu zapłacić wszystkim artystom za rzeźby, byłyby to astronomiczne kwoty. Stąd też potrzebni byli polscy (i nie tylko), indywidualni inwestorzy, którzy użyczali swoje pieniądze, biorąc dzięki temu udział w dużych zyskach. Historia ta brzmiała na tyle wiarygodnie, że nikt nie wpadł na pomysł sprawdzenia, czy rzekomy inwestor z USA w ogóle istnieje. Joanna S. potrafiła w tak czarujący sposób wprowadzić swoich klientów w tajemniczy, artystyczny świat, że wszystkie obawy, jakby z automatu, rozpływały się w powietrzu.

 

Wiarygodności dodawały pięknie urządzone galerie w najbardziej prestiżowych miejscach i powiązania ze światowymi centrami biznesu. Dubaj, Luksemburg, Miami czy też Marbella – brzmią bardzo luksusowo. Także nagrania z otwarć kolejnych galerii pokazywały przepych, a zgromadzone na nich media, udzielanie wywiadów, świadczyło o naprawdę dużej randze przedsięwzięcia.

 

W cały biznes zaangażowany był także syn Joanny S. – Mikael. Zarządzał nim wraz z matką, a także poręczał za niego swoim majątkiem. Uwiarygadniał cały proceder, publikując na portalach społecznościowych zdjęcia ze swojego bogatego życia – luksusowe samochody, apartamenty w Dubaju i innych najdroższych miejscach na świecie budziły podziw i zainteresowanie.

 

Joanna S. swój proceder starała się uwiarygodnić na wszystkie sposoby. Gdy jakiś potencjalny inwestor nie był przekonany do całości jej biznesu, zapraszała go do swoich drogich i luksusowych posiadłości w Hiszpanii lub Szwecji. Całość tworzyła złudzenie bardzo dobrze prosperującego biznesu, w który nie sposób nie zainwestować. Gra na emocjach była grą, którą w większości przypadków kobieta wygrywała. Przekonywała, że pieniądze to tylko pochodna jej pasji, czyli chęci promowania i wspierania młodych artystów.

 

Kolejną podporą dla biznesu Joanny S. były jej rzekome interesy ze znanymi osobistościami. Arabscy szejkowie i gwiazdy takie jak Elton John czy też Zlatan Ibrahimovic mieli być jej stałymi klientami. Twierdziła, że jej rzeźby znalazły się nawet w Białym Domu.

 

Nawet na wyjazdach do Hiszpanii, utwierdzała wszystkich w przekonaniu, że prowadzi interesy z tamtejszym królem. Jako dowody przedstawiała zdjęcia z władcą tego kraju, prowadziła rozmowy telefoniczne i odbywała podróże na spotkania z nim. Wszystko wydawało się bardzo prawdziwe.

 

Interesy wymknęły się spod kontroli

 

W połowie 2017 roku, coś zaczęło się psuć. Inwestorzy nie mogli doprosić się swoich pieniędzy, co powodowało rosnące napięcie i lawiny pytań. Właścicielka galerii zorganizowała wtedy – jak się później okazało ostatnie – spotkanie ze wszystkimi, którzy lokowali pieniądze i nadzieje w jej firmie. Pojawiły się kolejne zapewnienia, które miały na celu ostudzenie emocji. Tłumaczenia te były tylko złudną formą wodzenia klientów za nos.
To nie pierwszy trefny biznes „promotorki sztuki”

 

Śledztwo dziennikarskie, jakie przeprowadzili reporterzy „Superwizjera”, co prawda nie pozwoliło na osobiste dotarcie do kobiety, jednak rzuciło na całą sprawę, niestety, nie zbyt jasne światło. Jedyne kontakty, jakie udało się nawiązać z Joanną S., to telefoniczne zapewnienia o wypłatach, wysłaniu aneksów do klientów z prośbą o przedłużenie terminów, ze względu na międzynarodowe limity i utratę konta bankowego w Polsce. Po kilku tygodniach nadeszło także pismo, mówiące o stałym podejmowaniu wszelkich starań, mających na celu uregulowanie wszystkich zobowiązań.

 

„Promotorka sztuki” najprawdopodobniej zaczęła się wycofywać z handlu w tej branży artystycznej na terenie Szwecji. Jej były mąż zdradził, że to nie jej pierwsza piramida finansowa w karierze. W 2005 roku właśnie w Szwecji prowadziła biznes polegający na sprzedaży dzieł sztuki po określonej cenie, odkupieniu ich po czasie za dużo wyższą kwotę, po czym wystawienie tej samej rzeźby jeszcze drożej. I tak napędzało się koło. Uważa także, że jego była żona ma ogromne długi — w tym w szwedzkim fiskusie — i że nie spłaca kredytu, jaki zaciągnęła na dom w Trelleborgu. Innymi słowy – jest całkowitym bankrutem.
KNF ostrzegał – nie zwracali uwagi.

 

Najbardziej rozczarowującą informacją jest fakt, że polscy inwestorzy nadal w dużej mierze nie wierzą w informacje publikowane przez Komisję Nadzoru Finansowego. Biznes Joanny S. został uznany za nielegalny i wpisany na listę KNF, z sugestią, że może być prowadzony w celu wyłudzenia pieniędzy. Gdy po tej publikacji wśród inwestorów zaczęły pojawiać się pytania, kobieta poinformowała, że to z pewnością pomyłka, w co większość z nich uwierzyła.

 

Sami doradcy finansowi, którzy oferowali inwestycje w dzieła sztuki, w galerii Joanny S. mówią, że nie informowali o znalezieniu się tej firmy na liście KNF, bo byli przekonani, że to gra jakichś maklerów giełdowych, chcących się zemścić na dobrze prosperującym biznesie.
Prokuratura w zeszłym roku zajęła się sprawą.

 

Joanna S. nie usłyszała jeszcze oficjalnych zarzutów, jednak od maja zeszłego roku prokuratura prowadzi śledztwo w tej sprawie. Przesłuchano dopiero pięćdziesiąt osób, jednak poszkodowanych liczyć można w setkach. Wstępne wyliczenia pozwalają na stwierdzenie, że sprawa może dotyczyć trzystu milionów złotych.

 

Ne wszyscy oszukani zgłosili sprawę na policję. Boją się utraty dobrego imienia i powiązania z tego typu biznesem. Jest jednak część osób wierząca zapewnieniom Joanny S., która w listach do swoich klientów prosi o spokój i niedawanie wiary doniesieniom mediów.

 

Doradcy finansowi tłumaczą, że strategią kobiety na tą chwilę jest zastraszenie, mające na celu zniwelowanie działań związanych z zawiadomieniem policji. Zgłoszenie będzie równało się brakiem wypłaty. Jednakże takimi informacjami wszyscy klienci karmieni są już od czerwca. Co chwilę odpowiedź na pytanie „co się dzieje z pieniędzmi?” staje się odmienna. Pojawia się także teoria, że właśnie milczenie może być gwarancją wypłaty pieniędzy Wtedy Joanna S. będzie miała czas na dalsze prowadzenie interesów, skłaniających nowych, nieświadomych inwestorów do wpłaty nowych pieniędzy, którymi ureguluje zaległe zobowiązania.

 

Artyści także czekają na swoje pieniądze

 

„Superwizjer” ustalił także, że poszkodowanymi w całym procederze są także sami artyści. Dotarli w Szwecji do jednego z nich. Opowiadał, że Joanna S. winna jest mu za ostatnie trzy miesiące około sto pięćdziesiąt tysięcy koron szwedzkich, czyli około 62.500 złotych.

 

Podobny los spotkał znanego artystę – Michaela Jamesa Talbota. Oświadczył, że wytoczy pozew przeciwko Joannie S. na kwotę rzędu trzystu tysięcy euro. Przekazał jej rzeźby, za które nigdy nie otrzymał zapłaty. Zwrotu dzieł także się nie doczekał.

 

Ta sytuacja oznacza, że biznes Joanny S. kręcił się wręcz bez większych inwestycji z jej strony. Rzeźby w głównej mierze nie były jej własnością, tak więc poszkodowani próbują odzyskać pieniądze, które zapłacili osobie, niebędącej pełnoprawnie ich właścicielem.

 

Kolejnym faktem jest, że „promotorka sztuki” umyślnie zawyżała ceny dzieł, które oferowała. Na rynku one w ogóle nie były dostępne, co może świadczyć o świadomej spekulacji.

 

Jak odzyskać zainwestowane pieniądze?

 

Klienci, którzy odkryli oszustwo, zgłaszają swoją sytuację do prokuratury. Korzystają także z możliwości wydania europejskiego nakazu zapłaty.

 

Przerażający w całej historii jest fakt, że mimo wszystko galerie nadal działają i próbują nabić w butelkę kolejnych inwestorów. Jeden z pracowników ujawnił, że właścicielka ma w zanadrzu jeszcze kilka pomysłów na realizację planu szybkiego wzbogacenia się. Jednym z nich jest założenie własnego funduszu, którego założeniem byłoby kupno udziałów, a nie bezpośrednio rzeźb. Drugim z nich są zakupy kolekcjonerskie. Biznes polegałby na odkupywaniu po minimum dwóch latach obrazu lub rzeźby, oczywiście z zyskiem dziesięciu procent w skali roku. W naszym kraju jest chyba o to ciężko, bo trzeba przebić się przez dość zamknięty, artystyczny krąg i zdobyć tam zaufanie.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o