felietony Historia z życia wzięta

Polska gospodarka wyhamowuje przez… kolędy?

Kolęda. To jakby tak użyć metafory rolniczej  takie sianokosy w kościele katolickim. Zazwyczaj pojawia się ksiądz, ale nie bądźmy tacy znowu stereotypowi. W jednej z parafii w Polsce zdarzyło się, że ksiądz nie mógł odwiedzić parafian z duszpasterską wizytą. Nie tyle może nie mógł pozostawić swoich owieczek bez odrobiny zainteresowania, czy pouczającej rozmowy, co nie był w stanie zostawić sam siebie bez dochodu, podkreślmy-czystego czyli datków z kolędy. I jakby tak sparafrazować znane polskie przysłowie? „Gdzie pan Bóg nie może, tam babę pośle”? Dokładnie tak. Ksiądz wpadł na iście innowacyjny i jakże szatański pomysł, by w swoim zastępstwie wysłać kucharkę i kościelną. A co się będzie do jednej kobiety ograniczać, skoro dwie to podwójna siła rażenia? I w ten sposób ksiądz, co chyba nie przemyślał do końca swojego pomysłu zyskał tak ważną rozpoznawalność w całym kraju. Żartom i oburzeniom końca nie było. Jednak „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”…Jedna błędna decyzja, a ile radości i parafia rozgłos zyskała. Teraz już do końca świata osoby odwiedzające tę miejscowość będą się dowiadywali, jak to było, gdy dwie kobiety biegały po parafii z kropidłem. Ciekawi mnie, czy kwota zebranych datków była większa, niż jak ksiądz tradycyjnie realizował swoją posługę kapłańską? I jeszcze jedno: czy ów ksiądz jest za tym,  aby kobiety odgrywały większą rolę w kościele? Bo może nie wiedział, jak przełożonym powiedzieć o swoich nowatorskich zapędach? No tego się niestety nie dowiemy. Jedno jest pewne. Parafianie na pewno do końca życia będą wspominali tę kolędę…

A jeśli już jesteśmy przy temacie kolędowym. To spieszę donieść, że przydałyby się profesjonalne badania dotyczące zależności między kolędą duszpasterską a …nieobecnością pracowników w pracy. Okazuje się, że jest to coraz częstszy trend wśród osób pracujących, które otwarcie deklarują swój katolicyzm, że zwalniają się z pracy wcześniej, by na kolędę zdążyć. Skrajne, ale znane mi przypadki to odmówienie wykonania polecenia służbowego, w związku z rzekomą koniecznością posprzątania mieszkania tudzież przygotowania się duchowego do tych przecież nie tak częstych w roku, żeby nie powiedzieć jednorazowych, wizyt. Nikt nie neguje, ani nawet nie krytykuje tak wielkiego zaangażowania religijnego, zakładając, że jest szczere i nie jest podszyte korzyściami wynikającymi z nieobecności w pracy lub ewentualnego skrócenia roboczogodzin (w przypadku zwolnienia się z kilku godzin dnia pracy).

Jeśli wszystko jest szczere i bezinteresowne to jest dobrze. Gorzej jeśli to przejaw tego złego pseudokatolicyzmu, który jest nastawiony tylko i wyłącznie  na   korzyści wynikające z zyskanego wolnego czasu i na zrobieniu dobrego wrażenia nie tylko na samym duchownym, ale i na przełożonym, czy kolegach z pracy.

Koleżanka koleżanki odmówiła wykonania polecenia służbowego jednego dnia z rana, ponieważ „już” na 14.00 miała zapowiedzianą wizytę duszpasterską. Jeden z kołobrzeskich pracodawców w rozmowie poskarżył się, że prawnik firmy wcześniej musiał wyjść, bo czekał na „pokropienie kropidłem”.

– Zaniemówiłem, gdy prawnik naszej spółki stwierdził, że musi skończyć dzień pracy wcześniej, bo…ma kolędę.- mówi rozbawiony kołobrzeski przedsiębiorca. Jak   twierdzi w pierwszym momencie uznał to za żart, dość specyficzny, ale jednak żart.
– Nie wiedziałem, że obecność jest obowiązkowa.- śmieje się przedsiębiorca z Kołobrzegu. Mężczyzna uważa, że to dość niezręczna sytuacja. Po pierwsze dlatego, że czuje się zobowiązany, żeby się zgodzić na absencję lub skrócony dzień pracy pracownika-katolika, bo nie chce być oskarżony o dyskryminację ze względu na religię, a po drugie nie jest w stanie zweryfikować prawdziwości tej wymówki.

– Może czas, aby w kodeksie pracy wprowadzić zmiany przystające do dzisiejszych realiów.- zastanawia się kołobrzeski pracodawca. I po chwili wyjaśnia, że ma na myśli specjalne zaświadczenie od kapłana, że dana osoba, z imienia i nazwiska, konkretnego dnia, o konkretnej godzinie była obecna podczas wizyty duszpasterskiej. Rozbawiony i niepokorny pracodawca brnie dalej i żartuje sobie, że chciałby na takim zaświadczeniu zobaczyć także informację od księdza na temat poprawnego lub nie zachowania swojego pracownika, jego znajomości lub nieznajomości modlitw, itd. – Chciałbym wiedzieć, czy mój pracownik nie traci czasu podczas wesołego i firmy kosztem odbytego kolędowania. Takie informacje po pierwsze uwiarygodniłyby, że faktycznie kolęda się odbyła, a dodatkowe zapisy upewniłyby mnie, że nie był to czas zmarnotrawiony na próżno, a wiadomo przecież, że marnowanie rożnych rzeczy, w tym też czasu jest grzechem, jeśli brać pod uwagę katolicki dekalog i jest niemoralne, biorąc pod uwagę podejście bardziej laickie- kwituje zadowolony ze swojego wywodu pracodawca.

Może i to nie jest zły pomysł. Który pracodawca będzie miał na tyle odwagi, by odmówić brania udziału w kolędzie? Co z polska gospodarką, czy wiadomo, jak takie nieobecności pracowników wpłyną na jej wynik? Czy pracodawca ma ulec pracownikowi i co z tego będzie miał? Punty miracleback- cud zwrotny lub goodback- dobro zwrotne, gdyby skorzystał ze spowiedzi świętej? Z drugiej jednak strony, dlaczego tylko pracownik-katolik ma być tak wyjątkowo traktowany? Co z ateistami? To, że ateista nie przyjmuje księdza po kolędzie nie znaczy przecież wcale, że nie potrzebuje dnia wolnego lub wcześniejszego wyjścia z zakładu pracy. Nie, no jasne, po to są urlopy, dzień wolny na żądanie, a nawet dzień urlopu bezpłatnego. Nie zawsze jednak pracodawca musi się zgodzić. Może, ale nie musi. Co jeśli się jednak nie zgodzi i uzna, że rzeczony prawnik jest akurat tego dnia i w tych godzinach niezbędny w normalnym funkcjonowaniu firmy? To może być problem. I to duży. Chyba tylko odwołanie do najwyższej, niebiańskiej instancji pomóc może, choć i w tym wypadku nie ma pewności na realizację takowej prośby. Wiadomo, kolejki są, życzeń, pragnień, klątw i innych stricte roszczeniowych żądań. A skoro takie tłumy ludzi coś chcą, to i realizacja wszystkich życzeń zabiera sporo czasu, a ten jest nieubłagany i dlatego są znaczne opóźnienia w realizacji tego wszystkiego.

Reasumując, ksiądz też człowiek i na pewno zrozumiałby, jakby żona prawnika tudzież innego pracownika powiedziała, że nie jest nieobecny na kolędzie, ponieważ jest w pracy. Dla tych, co większych niedowiarków zawsze można by wziąć… zaświadczenie od pracodawcy, że ten i ten codziennie, od poniedziałku do piątku, w  tych konkretnie godzinach jest w pracy i tu dane pracodawcy
i oświadczenie jego z podpisem, że nie wyraża zgody na dzień wolny/ godziny wolne w związku z chęcią  wzięcia udziału pracownika w kolędzie. Ciekawe, czy takie rozwiązanie zadowoliłoby księdza. Domyślam się, że jego mina, gdyby takie zaświadczenie zobaczył- bezcenna 😉

Warto by się pokusić o specjalistyczne badania, które jasno odpowiedzą, jaki odsetek Polaków bierze dzień urlopu, aby uczestniczyć w duszpasterskiej wizycie i jaki to ma wpływ na gospodarkę naszego kraju. Zbadania warta jest także korelacja, zależność między dniami wolnymi rodaków, a spadkiem PKB.

No, ale zanim ktoś zrobi miarodajne badania przydałaby się puenta. A więc puentuję. Zarówno jeśli chodzi o pracodawcę, pracownika, jak i księdza wszystko rozbija się o chęci, dobre chęci, ale pamiętajmy, że „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”, więc lepiej jednak stawiać na czyny. Te dobre oczywiście.

JH

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *